Franciszek Kotula - "Zapisane w terenie"

Wieś pani Katarzyny

 

Zapyta ktoś, o jaką to Katarzynę chodzi. Z miejsca zaspokajam ciekawość: o wielką damę, Katarzynę z Jaworskich, primo voto Starzeńską, secundo voto Pawlikowską, tę, którą opisał Aleksander Piskor w książce „Siedem ekscelencji i jedna dama". Po jej przeczytaniu pojechałem do byłych włości owej pani, do Góry Ropczyckiej. Zachowały się tu śliczne, neoklasyczne zabudowania, ostatnio doskonale odnowione; do miejscowego kościoła przeniesiono ponadto ze specjalnej kaplicy marmurową, nagrobną postać pięknej Katarzyny i coś tam jeszcze.

 

Jadąc dalej, starą drogą na południe, dotarłem do brzydko nazywającej się wsi: Gnojnicy. A nazwa pochodzi pewnie stąd, że rzeczka przepływająca doliną - również Gnojnica - ma tak wolny bieg, że rzeczywiście pełna jest wszelkiej roślinnej zgnilizny, dolina jest bowiem bardzo urodzajna.

 

Idąc wiejską drogą przed jednym z domów zobaczyłem siedzącego na ławeczce starszego już mężczyznę, który wyglądał, jakby czekał na kogoś, z kim mógłby porozmawiać, a ja właśnie takich ludzi szukam.

 

 Przysiadłem się więc do niego. Po kilku minutach rozmowy zapytałem: - A jak żyliście z górzanami? - mając na myśli mieszkańców Góry Ropczyckiej. - Z nimi? Z tą niby ślachtą? - zaperzył się mój rozmówca. - Panie! Z nimi to była ciągła wojna. Rzadko zdarzało się, jak chłopy po kościele poszły do karczmy „na jednego" - a była to i jest jedna parafia, w Górze - żeby nie doszło do bitki. Bo oni na nas z góry, traktowali nas jako chłopów, chamów... Czy górzanie rzeczywiście byli szlachtą? - zapytałem nieufnie.

 

Hmm... Ślachta! Cała wieś robiła we dworze. Był raz tam pan, okrutny „kogut". Jak tylko zobaczył ładniejszą dziewczynę, już brał ją do dworu, a za dziewięć miesięcy był nowy ślachcic. Taka z dworskiego dostawała morgę pola i chałupę. Zaraz znajdowała kawalera. Tak było latami i stąd to ślachectwo. Ale potem przyszedł nowy pan, te dziecińskie kawałki powykupywał i z powrotem włączył do dworskiego. Ale teraz... panie, dworu nie ma, panów nie ma, skończyła się ślachta, żyje my w najlepszej zgodzie - zapewniał uspokajająco.

 

Po jakimś czasie, stwierdziwszy, że nie interesuje mnie polityka, ale różne miejscowe ciekawostki, zapytał, czy byłem już w karczmie. To u was jest jeszcze karczma? - zdziwiłem się, bowiem w mojej wyobraźni zjawił się obraz prawdziwej karczmy, zapamiętany z lat dzieciństwa. Ależ panie, to nie o taką karczmę chodzi, jaką ma pan pewnie na myśli. Karczmą nazywają u nas duże gospodarstwo koło drogi. Co się tam kiedyś działo... Niech pan zapyta ludzi w sąsiedztwie...

 

Pożegnałem mojego rozmówcę i wkrótce znalazłem się przed ową „karczmą". W znacznym oddaleniu od drogi, jakby za rozległym podwórzem, zobaczyłem solidne gospodarstwo, położone na lekkim wzniesieniu; opadającym ku niewielkiej łące. Przede wszystkim zainteresował mnie dom mieszkalny, różniący się znacznie od innych w okolicy. Wysoki, zbudowany z grubych belek, na podmurówce, składał się wyraźnie z dwóch różnych części. W jednej znajdowały się normalne okna, natomiast w drugiej, w podmurówce spore okienko, jakby od piwnicy, opatrzone grubą i gęstą kratą. Wysoko nad nim, niemal pod samym okapem, drugie, dziwnego kształtu, kiedyś również okratowane.

 

-Czy to jest karczma? - spytałem starszej kobiety, która zjawiła się nagle koło mnie. -Tu nie było żadnej karczmy... Tu był folwark, gdzie mieszkał taki pan, co miał przeszło dwadzieścia morgów gruntu. Mój ojciec kupił z tego ponad połowę, z budynkami, sąsiad też kawał. Ale to stracone pieniądze, bo wtedy zaczęło tu straszyć. Co się nie działo! Ksiądz przychodził, żandarmi...- w jej głosie drżało przerażenie. -  A na co wam taka dziwna piwnica? - zapytałem, pomijając sprawę strachów. - Taka była już za tamtego pana. Podobno chłopów w niej zamykali...

 

Nie będę powtarzał całej rozmowy; była za długa, pozwoliła mi jednak zorientować się, „w czym rzecz". Po prostu stałem przed domem tzw. justycjariusza, dawnego austriackiego urzędnika, który przejął z rąk właścicieli majątku ich prawo sądów patrymonialnych, ustanowionych ongiś przez władze austriackie w związku ze złagodzeniem pańszczyzny. Tu więc odbywały się sądy nad chłopami, a winnych zamykano w piwnicy. Aż dziw, że taki zabytek zachował się do dziś, bo drugiego podobnego nie widziałem nigdzie. Właściciele Góry Ropczyckiej prawdopodobnie celowo usadowili justycjariusza właśnie tu, aby nie był za blisko dworu, a tym samym - nie mieszał się za bardzo w dworskie sprawy. A że za czasów polskich sądy, czyli „roki", odbywały się zwykle w karczmach, tedy budynek sądu po dawnemu karczmą nazwano - i tak już zostało.

 

Z kolei poszedłem do sąsiada, starszego, poważnego gospodarza, który również opowiedział mi o strachach - poważnie, bez sensacji. Uważam, że to ciekawy temat dla kogoś, kto interesuje się psychotroniką. Na zakończenie mój rozmówca wręczył mi gruby zeszyt, dziwnie oprawny, wypełniony czytelnym, choć nieco niewprawnym pismem. Na pierwszej stronie przeczytałem:

 „Ta książka jest ułożona przez Jędrzeja Magdonia z Gnojnicy, Nro 28 R.P. 1873. A kto ją ukradnie, temu ręka upadnie. A kto by ją znalazł a nie oddał zaraz, temu upadnie obie łapy za rok".

 

-Jakąż tajemnicę zawiera ten rękopis, że jego właściciel obwarował go aż takimi przekleństwami? - pomyślałem i zacząłem przewracać karty. Wbrew moim przypuszczeniom, nie było w nim jednak żadnych strasznych tajemnic, ale zupełnie prozaiczne wzory pism, kierowanych w różnych sprawach do ówczesnych urzędów państwowych, zaś obok nich - jakby formularze kontraktów kupna i sprzedaży, testamentów itp.

 

 A więc - coś w rodzaju podręcznika pokątnego doradcy czy pisarza wiejskiego, których namnożyło się po zniesieniu pańszczyzny i urzędów justycjariuszy w drugiej połowie XIX wieku. Ale czy Jędrzej Magdoń nie był pokątnym „adwokatem" jeszcze za czasów, kiedy w karczmie justycjariusz sądził chłopów? Musiał w każdym razie wyrastać ponad przeciętność, skoro nie tylko nauczył się czytać i pisać, ale nawet „wrobił" w prawo, w dodatku całkiem nieźle...

 

Franciszek Kotula – „Zapiski w terenie”, Rzeszów 2008

 

 


wstecz...